Dzwonili podając się za dziennikarzy lub pracowników redakcji

Policjanci wpadli na trop grupy w zeszłym roku, jednak trudno było doprowadzić do powstrzymania jej członków przed podszywaniem się pod dziennikarzy i członków redakcji znanych tytułów prasowych. Mężczyźni dręczyli swoje ofiary - osoby znane z pierwszych stron gazet. Dzwonili do nich podając się za dziennikarzy lub za pracowników redakcji. Zapraszali swoje ofiary do wystąpień w programach "na żywo". Tuż przed planowaną emisją, gdy ofiara była już w drodze do wskazanej stacji, informowali telefonicznie swoje ofiary o odwołaniu programu, przepraszając jednocześnie za kłopoty w redakcji. Z niektórymi osobami przeprowadzano również fikcyjne "wywiady" telefoniczne.

Członkowie grupy wyszli z założenia, że nikt nie będzie się starał sprawdzić, czy kontaktująca się z danym "komentatorem" osoba rzeczywiście reprezentuje media. Chcieli przy tym wykorzystać u swoich ofiar chęć pokazania się w mediach, a także liczyli na to, że skoro dany komentator często pojawia się w programach radiowych lub telewizyjnych nie będzie zaskoczony propozycją udziału w kolejnym tego typu programie. W grupie istniała swoista rywalizacja. Chodziło o to, by zmanipulować jak najbardziej znane osoby. Im bardziej znana osoba uwierzyła w zaproszenie, tym większą pozycję wśród członków grupy zyskiwała osoba "odpowiedzialna za misję". Do kontaktów z "zapraszanymi ofiarami" wykorzystywano wszelkie dostępne środki komunikacji: telefony, pocztę elektroniczną, gości zapraszano również za pomocą faxu (przy czym w treści takiego zaproszenia podawano nieprawdziwe informacje kontaktowe, by ofiara chcąca ewentualnie ustalić szczegóły udziału dotarła do oszustów).

Początkowo motywem działań sprawców był jedynie żart i chęć zyskania uznania w oczach kolegów, jednak szybko okazało się, że na takim procederze można również zarobić. Dzięki opisanemu wyżej mechanizmowi doprowadzali do dyskredytacji wskazanych redakcji w oczach niektórych "zapraszanych komentatorów": tłumacząc im, że odwołanie audycji nastąpiło z przyczyn, które - jak zakładali - skompromitują redakcję lub wydawcę. Jednemu z zaproszonych gości powiedziano, że przyczyną odwołania programu jest "nagłe szaleństwo wydawcy", innej osobie zakomunikowano, że redakcja ma kłopoty finansowe, w związku z tym część osób odmówiła realizacji programu do momentu wypłacenia im zaległych wynagrodzeń. Sprawcy liczyli również na to, że zdenerwowany "gość" nie pozostawi informacji tylko dla siebie, a podzieli się nią również z innymi osobami w danym środowisku. Dodatkowo zakładano, że oszukany komentator będzie starał się wyjaśnić sytuację w kierownictwie wydawnictw lub redakcji, co doprowadzi do spotęgowania chaosu i w konsekwencji obniży również lojalność pracowników mediów. Tego typu działania w oczywisty sposób godziły w dobre imię redakcji obranych za cel. Założeniem było również to, że z redakcją wcześniej zdyskredytowaną w oczach komentatora nie będzie chciał współpracować w przyszłości, czym starano się też doprowadzić - na zlecenie mocodawców - do zmniejszenia pozycji danej redakcji na coraz bardziej konkurencyjnym rynku mediów.

Grupa otrzymywała również "zlecenia" na konkretnych komentatorów. W takim przypadku chodziło m.in. o to, by zdezorganizować jego pracę. Umawiano się na "rozmowy na żywo" w takich godzinach, w których zapraszany gość miał również inne zobowiązania, np. miał wziąć udział w jakimś publicznym wystąpieniu. Ofiara kuszona renomą wymienionej w rozmowie telefonicznej redakcji albo ograniczała swój udział np. w konferencjach, albo wręcz rezygnowała ze swoich planów na rzecz wystąpienia w mediach. Podobne motywy, a więc dezorganizacja pracy, przyświecały sprawcom, gdy przeprowadzali ze swoimi ofiarami telefoniczne wywiady. Czasem starano się również tak poprowadzić rozmowę, by wykazać niekompetencję komentatora w jakiejś dziedzinie, albo sprowokować jego nagłą, nieprzemyślaną reakcję na nieoczekiwane lub niegrzeczne stwierdzenie. Rozmowy takie były rejestrowane, a sprawcy chcieli je następnie opublikować w internecie. Ustalono, że grupa realizowała także zlecenia mające na celu ograniczenie w mediach pewnych poglądów i tez głoszonych przez danych komentatorów.

Jak przyznają organy ścigania - walka z tego typu zjawiskiem jest trudna. O ile media stanowią "czwartą władzę", to jednak w tego typu przypadkach właściwym sposobem ochrony są przepisy o cywilnoprawnej ochronie dóbr osobistych. Organy ścigania zajęły się sprawą po tym, jak kierownictwo jednej z redakcji złożyło prywatny akt oskarżenia przeciwko jednemu z komentatorów. Znany w środowisku analityk rynku finansowego opublikował w prowadzonym przez siebie blogu przemyślenia na temat profesjonalizmu redakcji. Zarzucono mu dopuszczenie się przestępstwa pomówienia w środkach masowego komunikowania. Na polecenie sądu Policja dokonała czynności dowodowych polegających na zabezpieczeniu logów serwera, w ramach którego funkcjonował blog komentatora. Dopiero po wymianie pism procesowych zwaśnione przez sprawców strony ustaliły przybliżony przebieg zdarzeń. Komentator usunął ze swojego bloga sporny wpis.

Wówczas jeszcze nikt nie przypuszczał, jaka jest rzeczywista skala zjawiska. Jednak kiedy kierownictwo redakcji zaczęło otrzymywać od osób publicznych listy i telefony wyrażające oburzenie i zrywające kontakty - redakcja skontaktowała się z osobami, z którymi stale współpracuje, by dowiedzieć się, czy w innych przypadkach nie doszło do jakichś niepokojących incydentów. Sprawie nie nadawano rozgłosu ze względu na potencjalną utratę wiarygodności tak mediów, jak i innych osób, które były przedmiotem ataku.

Gdy wewnątrz redakcji uznano, że zarówno sama redakcja, jak również osoby z nią współpracujące, w istocie są przedmiotem celowych działań, które - jak przypuszczano - mogą nosić znamiona przestępstwa, wydawca zwrócił się do organów ścigania z pisemną skargą w celu ustalenia sprawców i zabezpieczenia ewentualnych dowodów.

Wcześniej nikt nie starał się bronić i dochodzić roszczeń, ponieważ oszukiwani nie starali się wyjaśniać sprawy. - Jakakolwiek formalna reakcja na to, co się wydarzyło, byłaby poniżej mojej godności - przyznaje jeden z komentatorów, który zastrzegł sobie anonimowość. - Prawdą jest jednak, że od czasu tamtego telefonu przestałem kontaktować się z redakcją, uznając, że pracują tam ludzie nieodpowiedzialni - dodaje.

Jednak sprawcy byli nieuchwytni, gdyż - jak wykazało śledztwo - nie odnaleziono pierwotnie wzorca, na podstawie którego wybierali swoje ofiary, dzwoniąc zaś do konkretnych osób wykorzystywano telefony na kartę. Sprawę komplikowało również to, że inne redakcje, do których organy ścigania zwróciły się z prośbą o współpracę oraz informacje na temat osób, z którymi redakcje zwykle współpracowały, zasłaniały się tajemnicą dziennikarską i - generalnie - nie chciały współdziałać z policją. W niektórych redakcjach pojawiły się nawet komentarze dotyczące "przygotowywanej przez służby specjalne prowokacji, która miała być wymierzona w niezależne media".

Przełom w śledztwie nastąpił po tym, gdy w jednym z serwisów społecznościowych opublikowano fragment zarejestrowanej przez sprawców rozmowy ze swoją ofiarą. Nagranie wzbudziło żywe zainteresowanie internautów, a także liczne komentarze w środowisku dziennikarskim. I chociaż sprawca był na tyle ostrożny, że opublikował nagranie w taki sposób, by jego tożsamość nie została odkryta, to jednak Policjanci zaczęli analizować informacje na temat osób komentujących opublikowany materiał. Zakładano, że osoba, która opublikowała nagranie, będzie chciała również czerpać satysfakcję z reakcji internautów. Na podstawie analizy zebranych informacji wytypowano dwie osoby, które poddane zostały policyjnej obserwacji. W wyniku obserwacji (ukrytą kamerą oraz dzięki innym technikom operacyjnym, zarejestrowano m.in. jak jedna z wytypowanych osób starała umówić się na wywiad "na żywo", podszywając się pod redakcję radiową) zebrano materiał dowodowy, pozwalający zatrzymać sprawcę - 16-letniego ucznia jednego z liceów. W czasie przesłuchania w obecności rodziców chłopiec przyznał się do wszystkiego, a uzyskane od niego informacje pozwoliły organom ścigania zatrzymać i przesłuchać również innych członków grupy.

Okazało się, że grupa działała od dwóch lat (pierwszy z zatrzymanych był najmłodszym z członków grupy; "wpadł" w czasie realizacji pierwszego swojego zadania), a ofiarą działań tej grupy padło 74 osoby (znane powszechnie z wystąpień w mediach) i 20 redakcji.