Tłumienie krytyki prasowej czy udział w grupie przestępczej?

Nie cichną echa skandalu związanego próbą ośmieszenia redakcji telewizyjnych i radiowych (por. Dzwonili podając się za dziennikarzy lub pracowników redakcji). Trzech spośród pięciu młodych mężczyzn w każdej chwili może spodziewać się zarzutów utrudniania krytyki prasowej, a także - czego nie wyklucza prokuratura - zarzutów udziału w zorganizowanej grupie przestępczej. Jednak wszyscy komentatorzy pytają o mocodawców zlecających młodym mężczyznom dyskredytację konkretnych redakcji i ich współpracowników. Pytania te pozostają jednak wciąż bez odpowiedzi.

Przypomnijmy, że celem ataku licealistów (kierowanych przez nieustalonych do tej pory mocodawców), padło 74 osoby (głównie komentatorów społeczno-gospodarczych, ale też innych osób znanych powszechnie z wystąpień w mediach, w tym osób pełniących funkcje publiczne) i 20 redakcji.

- O ile Kodeks karny przewiduję karę pozbawienia wolności do lat dwóch w przypadku, gdy ktoś złośliwie przeszkadza publicznemu wykonywaniu aktu religijnego kościoła, to niestety nie ma w polskim systemie prawnym takich przepisów, które uznawałyby za przestępstwo zagrożone karą pozbawienia wolności "złośliwe przeszkadzanie wykonywania działalności prasowej" - poinformował w czasie niedawnej konferencji prasowej przedstawiciel prokuratury. - Owszem, ustawa Prawo prasowe stwierdza, że osoba, która utrudnia lub tłumi krytykę prasową może podlegać karze, ale ten występek stypizowany w art. 44 ustawy zagrożony jest jedynie karą grzywny albo karą ograniczenia wolności - dodał.

Zdaniem przedstawicieli prokuratury w omawianym przypadku należy również brać pod uwagę przestępstwo udziału w zorganizowanej grupie albo związku mających na celu popełnienie przestępstwa (art. 258 § 1 Kodeksu karnego). Przestępstwo to jest zagrożone karą pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5. Osoba, która taką grupę lub związek przestępczy zakłada lub nią kieruje może podlegać karze pozbawienia wolności od roku do lat 10.

Przedstawiciele środowiska dziennikarskiego zauważają, że nikt oficjalnie nie prowadzi statystyk związanych ze stosowaniem art. 44 ust. 1 ustawy Prawo prasowe (utrudnianie krytyki) w polskim systemie prawnym. Pewne dane na temat stosowania tego przepisu w praktyce prokuratur i sądów przynosi badanie przeprowadzone przez Centrum Monitoringu Wolności Prasy, tj. badanie pt. "Charakterystyka spraw z udziałem dziennikarzy i wydawców odnotowanych w Polsce w latach 2002-2003". Badacze współpracujący z Centrum złożyli do sądów i prokuratur okręgowych w całej Polsce wnioski o udzielenie informacji publicznej, w których pytali o dane na temat aktów oskarżenia i powództw cywilnych, a także ich dalszych losów. Z tych badań wynika, że w latach 2002-2003 w prokuraturach okręgowych i podległych im jednostkach odnotowano 10 spraw dotyczących art. 44 ustawy Prawo prasowe, przy czym w dwóch sprawach skierowano akt oskarżenia do sądu, raz odmówiono wszczęcia postępowania, w sześciu przypadkach umorzono postępowanie (albo ze względu na to, że uznano, iż czynu nie popełniono, albo z uwagi na znikomą szkodliwość społeczną czynu), w jednym przypadku złożono wniosek o warunkowe umorzenie postępowania. Jeśli chodzi o dane z Sądów Okręgowych, to w badanym okresie spraw związanych z występkiem z art. 44 Prawa prasowego w nich po prostu nie było. Ministerstwo Sprawiedliwości przekazał Centrum dane, zgodnie z którymi tylko jedna dorosła osoba została w 2001 roku prawomocnie osądzona w związku z zarzutami popełnienia czynu z art 44 ust. 1 Prawa prasowego i w tej sprawie finałem było jej warunkowe umorzenie. Wydaje się, że w Polsce nikt nie utrudnia, ani nie tłumi krytyki prasowej.

Jednak skala zjawiska oceniana tylko przez pryzmat "dokonań" opisywanej właśnie grupy wydaje się duża. Wciąż nieznany jest prawdziwy motyw, który przyświecał osobom zlecającym (za wynagrodzeniem) ataki na media i współpracujące z tymi mediami osoby.

Zgodnie z art. 18. § 1. Kodeksu karnego: "odpowiada za sprawstwo nie tylko ten, kto wykonuje czyn zabroniony sam albo wspólnie i w porozumieniu z inną osobą, ale także ten, kto kieruje wykonaniem czynu zabronionego przez inną osobę lub wykorzystując uzależnienie innej osoby od siebie, poleca jej wykonanie takiego czynu". Zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego z dnia 25 czerwca 2008 r. (sygn. akt. IV KK 39/08):

Istota sprawstwa kierowniczego sprowadza się do sterowania zachowaniem innej osoby a sprawca kierowniczy „czerpie swój sens z dokonania czynu zabronionego przez bezpośredniego wykonawcę” i bywa, że wprost posługuje się tą osobą jako narzędziem w dokonaniu przestępstwa. Istota sprawstwa polecającego tkwi w tym, że jakkolwiek sprawca ten nie steruje zachowaniem bezpośredniego wykonawcy czynu zabronionego w trakcie jego realizacji, to w stanowczej formie poleca mu (nakazuje, obciąża go obowiązkiem, zleca) jego zrealizowanie, przy czym wykonawca tego czynu, pozostaje od polecającego w stosunku zależności, wynikającej z konkretnego, choćby niemającego formalnego charakteru, układu sytuacyjnego, który wywołuje między tymi osobami relacje o tej właśnie postaci.

Wcześniej zaś sądy podkreślały, że osoba kierująca inną osobą podczas dokonywania czynu zabronionego znajduje się w takiej sytuacji, w której ma rzeczywistą możliwość faktycznego panowania nad rozwojem sytuacji i przebiegiem bezprawnej akcji, zaś istotnym elementem tego "panowania" jest to, że "od decyzji osoby kierującej popełnieniem przez inną osobę czynu zabronionego zależy rozpoczęcie i prowadzenie, a ewentualnie także zmiana lub nawet przerwanie całej bezprawnej akcji" (tak m.in. Sąd Apelacyjny w Łodzi w wyroku z 22 września 1993 r., II Akr 95/93).

W zależności od tego jak prokuratura zakwalifikowałaby działania sprawców (oraz ich mocodawców) - mogą oni spotkać się albo jedynie z karą grzywny, albo również z karą znacznie poważniejszą, jeśli prokuratura uzna, że w tej sytuacji doszło do zawiązania się i działania grupy przestępczej. Aby określić kwalifikację prawną czynów sprawców prokuratura analizuje ustalony w trakcie śledztwa sposób ich działania:

Jeden z chłopaków poznał swojego przyszłego mocodawcę na czacie. Spotykali się tam regularnie, chociaż niezbyt często, a jednocześnie rozmówca nie chciał się spotkać "w realu". To on podsunął pomysł na "niewinny żart". Kiedy wspólnie śmiali się z jednej z przeprowadzonych "akcji" rozmówca nagle stwierdził, że "mógłby załatwić finansowanie, tylko trzeba by wówczas brać na cel konkretne osoby i redakcje". Chłopak przystał na taką propozycję. Od tego czasu zmienił się sposób komunikowania zleceniodawcy i wykonawców. Ustalono, że do kontaktów będzie wykorzystywane specjalnie założone w tym celu "darmowe" konto poczty elektronicznej. Na to konto wysyłany był szyfrowany komunikat z ukrytą w treści informacją na temat kolejnego celu. Wykonawcy zaś po zrealizowaniu zadania i by uzyskać wynagrodzenie umieszczali na kontrolowanym przez siebie serwerze FTP (ang. File Transfer Protocol) nagranie z przeprowadzonej rozmowy telefonicznej z danym celem. Chociaż konto na serwerze kontrolowane było przez licealistów - ich mocodawca dysponował - podobnie jak w przypadku konta pocztowego - zarówno nazwą konta jak i hasłem pozwalającym na zdalny dostęp do zgromadzonych tam plików.

Policjanci dotarli do śladów związanych z taką komunikacją. Listy kierowane na skrzynkę pocztową zawsze wysyłane były z innego komputera (a w niektórych przypadkach wykorzystywano inne mechanizmy anonimizacji, jak np. wysyłanie poczty poprzez serwery pocztowe dopuszczające ich nieautoryzowane wykorzystanie, tzw. Open Relay), podobnie jak z różnych komputerów pobierano umieszczane na serwerze nagrania. Media nagłośniły sprawę wcześniej, niż Policji udało się przeprowadzić prowokację z udziałem zatrzymanych nastolatków. Po pierwszych doniesieniach mediów na temat ataków, zaraz po zatrzymaniu pierwszego z licealistów - kontakt między "mocodawcą" a "wykonawcami" się urwał. Policja nie zarejestrowała od tego czasu żadnych prób logowania się na kontrolowany już przez Policję serwer FTP, nie pojawił się też żaden nowy list na koncie pocztowym. Dodatkowo ktoś zdalnie usunął z konta poczty elektronicznej archiwalną korespondencję. Policja już po nagłośnieniu sprawy starała się zabezpieczyć również logi z serwerów, za pomocą których miały odbywać się pierwsze rozmowy na czacie. Okazało się to jednak trudne, ze względu na to, iż prowadzono je za pomocą serwerów zlokalizowanych na Tajwanie, a próby skontaktowania się z tamtejszym dostawcą usług internetowych nie spotkały się z jego strony z żadną reakcją.

Również ustalenie sposobu przekazywania wynagrodzenia za "zrealizowane zlecenie" nie pomogło Policji w ustaleniu mocodawcy. Zarówno z zeznań chłopców, jak i ze zgromadzonego materiału dowodowego (głównie odzyskane na polecenie Policji listy kierowane na skrzynkę kontaktową, które dostawca usług internetowych przechowywał w ramach z tzw. backupów) wynika, że po zrealizowanym "zamówieniu" sprawcy informowani byli o miejscu, w którym czeka na nich zapłata. Za każdym razem miejsce to było inne, a przekazywana chłopcom informacja zawierała jedynie współrzędne wskazane przez GPS (ang. Global Positioning System). W ten sposób chłopcy mieli dodatkową atrakcję, gdyż poszukiwanie przesyłki z wynagrodzeniem przypominało terenową zabawę Geocaching.

Politycy zarówno koalicji rządzącej jak i opozycji zgodnie uznają, że sprawa jest poważna, ale pomysł jednej z partii politycznych, by powołać sejmową komisję śledczą do spraw nacisków na media nie zyskał powszechnej aprobaty. Jednym z silnych argumentów jest to, że w tej sprawie mocodawcy zatrzymanych chłopców działali nie pozostawiając praktycznie żadnych śladów i należy czekać na wyniki śledztwa prowadzone przez organy ścigania.

Nie są jasne również motywy działania zleceniodawców ataków na media. Jedna z hipotez zakładała, że za tymi atakami stał jeden z międzynarodowych koncernów medialnych, który chciał zaszkodzić konkurencji funkcjonującej w Polsce. Dyskredytując w oczach komentatorów konkretne redakcje chciał obniżyć jakość ich programów publicystycznych, a ograniczając chęć komentatorów do współpracy z konkurencją zaproponować im - w następnym etapie - współpracę z redakcjami programów wydawanych przez ten koncern. Taka teza jednak nie znalazła uzasadnienia w zebranym materiale dowodowym, gdyż celem ataku były redakcje prowadzone przez praktycznie wszystkie działające w Polsce przedsiębiorstwa medialne. Policja bada również inny potencjalny motyw sprawców, a mianowicie "wsparcie działalności lobbingowej w procesie stanowienia prawa". Wedle jednego z roboczych założeń - sprawcom mogło chodzić o to, by opiniotwórczy komentatorzy, wyrażający określone poglądy w dyskusji publicznej, mieli ograniczony dostęp do mediów "głównego nurtu". Policja nie wyklucza również motywu "zemsty", chociaż uważa ten motyw za mało prawdopodobny, ze względu na wysokość wynagrodzenia, które za swe usługi otrzymywali sprawcy. Jak zauważył jeden z przedstawicieli zaatakowanej redakcji - byłaby to kosztowna zemsta.

Wciąż zatem nie znamy osób, które kierowały atakami na media, ale w dyskusji nad nowelizacją Prawa prasowego pojawił się nowy wątek: należy wzmocnić ochronę niezależności mediów przed atakami tego typu. Tymczasem pojawili się już "naśladowcy" licealistów, a Policja otrzymuje wciąż nowe sygnały od osób biorących aktywny udział w publicznej dyskusji. Informują oni Policję o dziwnych - ich zdaniem - telefonach, w czasie których ktoś, podając się za redakcje, próbuje przeprowadzić z nimi wywiady. Zadawane w czasie tych rozmów pytania sugerują jednak, że dzwoniący nie mają żadnej wiedzy o problematyce, której taki wywiad miałby dotyczyć.

Policja i prokuratura nie wykluczają, że "mocodawca" mógł również współpracować z innymi, nieujawnionymi jeszcze grupami "wykonawców".